Być psem – o książce „Złe psy. W imię zasad” Patryka Vegi

0

Każdy z nas ma świadomość istnienia przestępczego świata i raczej nikt nie chciałby mieć z nim bezpośredniej styczności. Są jednak ludzie, dla których jest to codzienność z uwagi na wykonywaną pracę. Mowa tu o policjantach, którym mroczne oblicze rodzimej przestępczości jest doskonale znane.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Patryka Vegi „Złe psy. W imię zasad”?

Patryka Vegę znam i cenię jako twórcę filmowego. Poruszana przez niego tematyka odkąd pamiętam wzbudzała moje ogromne zainteresowanie, a „Pitbull” – zarówno w wersji pełnometrażowej, jak i serialowej – to w mojej opinii jedna z najlepszych rodzimych produkcji. Zdecydowanie warta obejrzenia. Gdy dowiedziałam się, że na rynku ukaże się książka Vegi „Złe psy. W imię zasad”, nie mogłam doczekać się chwili, kiedy wreszcie ją przeczytam. Oczekiwania względem niej miałam spore i nie rozczarowałam się. To mocna, naprawdę dobra rzecz, przy której autor wykonał przysłowiowy kawał solidnej roboty.

Kim jest autor książki Patryk Vega?

Patryk Vega, rocznik 1977, to urodzony w Warszawie polski reżyser, scenarzysta i pisarz. Ukończył socjologię w Collegium Civitas w stolicy. Jego filmografia liczy wiele znanych pozycji, w tym takie tytuły jak m. in. filmy: „PitBull”, „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć” czy „Służby specjalne” oraz seriale telewizyjne: „Pierwszy milion”, „Kryminalni”, „Pitbull” czy „Instynkt”. Serial „Pitbull” doczekał się wielu nagród i wyróżnień, m. in. specjalnej nagrody na XV Festiwalu Courmayeur Noir in we Włoszech. Książka „Złe psy. W imię zasad” jest literackim debiutem Vegi.

O fabule książki „Złe psy. W imię zasad” słów kilka

„Złe psy. W imię zasad” to książka w formie wywiadu-rzeki. Jej bohaterami są funkcjonariusze z warszawskiej policji – a mówiąc dokładniej, oficerowie z wydziału zabójstw, którzy opowiadają o tym, jak wygląda praca w policji w kontekście walki z przestępczością. Autor przedstawia rozmaite wydarzenia nie tylko z perspektywy narratora. Powstanie tej książki poprzedzone było bowiem jego uczestnictwem w codziennych działaniach policji – rzecz jasna na ściśle określonych zasadach. Vega miał prawo brać udział w policyjnych akcjach, przesłuchaniach etc. wyłącznie na własne ryzyko. Bez broni, ale za to w kuloodpornej kamizelce. Takie doświadczenia przydają lekturze wiarygodności – choć podejrzewam i bez tego czytałoby się ją znakomicie, niczym kryminalny thriller z najwyższej półki.

Jednym z policjantów, którzy zgodzili się z Vegą rozmawiać, był Sławomir Opała, pierwowzór granego przez Marcina Dobrocińskiego Despera z serialu „Pitbull”. Pracował w stołecznym wydziale zabójstw. W 2011 r. postawiono mu zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym. Trafił na 2,5 roku do więzienia, na wolność wyszedł w 2013 r. Karze tej poddał się dobrowolnie – pomimo tego, iż na początku nie przyznawał się do winy. W 2014 r. w domu swoich rodziców w Górze Kalwarii popełnił samobójstwo. Sam o sobie mówił, iż z wykształcenia jest psem.

Moja opinia na temat książki „Złe psy. W imię zasad” Patryka Vegi

Jest wiele powodów, dla których warto przeczytać „Złe psy. W imię zasad”. Nade wszystko po to, by uzmysłowić sobie, iż skala problemu przestępczości w Polsce jest ogromna. I każdy może paść jego ofiarą. Ponadto Patryk Vega bardzo skutecznie rozprawia się ze stereotypowym obrazem polskiego policjanta. Rzeczywistość niewiele ma wspólnego z wyobrażeniami i z tym, co się ludziom wydaje. Nie mają oni bladego pojęcia o tym, jak ta praca wygląda. Ja też dowiedziałam się na jej temat wielu nowych rzeczy. I cóż mogę powiedzieć? Chyba tylko tyle, że to bardzo ciężki kawałek chleba wymagający od człowieka mocnej psychiki. Nie każdy dałby radę, nie każdy się do tego nadaje.

Policyjna codzienność to nie tylko łapanie przestępców, ale również użeranie się ze wszechobecną biurokracją, niedoskonałością przepisów regulujących funkcjonowanie policji czy z tak prozaicznymi kłopotami jak brak odpowiedniego sprzętu. Warto w tym miejscu przypomnieć również i tym, że oficerowie mają nad sobą przełożonych, z którymi współpraca układa się bardzo różnie. Generalnie rzecz biorąc, rysujący się obraz nie jest różowy.

Ujęła mnie niezwykła szczerość przemawiająca z kart książki. Nie ma tu lukrowanych historyjek, kadzenia i słodzenia. Jest natomiast twardy, męski świat, pełen brutalności i przemocy. Świat, w którym liczy się jedynie sprawiedliwość i nie ma miejsca na okazywanie słabości. Zero ściemy, zero cenzury. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, jak ogromne piętno odciska taka praca na ludzkiej psychice. Nie wszyscy sobie z tym radzą, czego przykładem jest chociażby Sławomir Opała.

Czy warto kupić książkę „Złe psy. W imię zasad”?

„Złe psy. W imię zasad” jest książką, którą moim zdaniem powinien przeczytać każdy. Żyjemy w dość dziwnych czasach, kiedy to co i rusz media urządzają nagonkę na policję. Nie wątpię w to, że w szeregach policji są ludzie, których tam być nie powinno – tak jest zresztą wszędzie. Ale to wcale nie oznacza, iż każdy gliniarz jest złym, skorumpowanym człowiekiem. Bardzo nie lubimy przyczepiania nam łatek, więc dlaczego sami to robimy? Książka Patryka Vegi rzuca zupełnie inne światło na pracę w policji. Została napisana z nie lada zaangażowaniem, dzięki czemu dosłownie pochłonęłam ją w jeden wieczór.

Jak się nie ubierać – radzą Trinny & Susannah

0

Jak cię widzą, tak cię piszą – te stare jak świat powiedzenie znane jest doskonale wszystkim, chociaż nie zawsze chcemy przywiązywać należytą wagę do jego zasadności. Z drugiej zaś strony zależy nam na tym, by w tym, co nosimy, czuć się i wyglądać dobrze. Modowe wpadki nie są nam obce, a raczej chcielibyśmy ich unikać. Jak to uczynić? Istnieje parę sprawdzonych sposobów.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Trinny Woodall i Susannah Constantine „Jak się nie ubierać. Na każdą okazję”?

Trinny Woodall i Susannah Constantine to niesamowite kobiety, które absolutnie uwielbiam już od dawna. Odkąd pamiętam zawsze z największą uwagą śledziłam ich telewizyjne programy, nie stroniłam również od książek ich autorstwa, które dosłownie pochłaniałam niczym wyborne ciastka. Do przeczytania „Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” nie potrzebowałam zatem jakiejkolwiek zachęty. Co więcej uważam, iż pozycję tę powinna posiadać w swej biblioteczce każda kobieta – bez względu na to czy jest pasjonatką mody, czy też niekoniecznie. Przecież niezależnie od tego wszystkie chcemy wyglądać pięknie, ale wiąże się to z koniecznością przestrzegania paru istotnych zasad. Dlatego zawsze warto mieć pod ręką ściągawkę i robić z niej stosowny użytek.

Kim są autorki książki Trinny Woodall i Susannah Constantine?

Susannah Constantine i Trinny Woodall to znane brytyjskie prezenterki telewizyjne, dziennikarki oraz autorki wielu poradników modowych. Woodall na początku swej zawodowej kariery pracowała w charakterze finansistki i specjalistki od marketingu, Constantine natomiast ma na swoim koncie m. in. wieloletnią współpracę ze słynnym projektantem Johnem Galliano. Obie panie są autorkami cieszących się ogromną popularnością programów telewizyjnych takich jak m. in. „Jak się nie ubierać”, „Trinny & Susannah rozbierają” czy „Trinny & Susannah ubierają Amerykę”. Pojawiła się również i polska edycja tego programu, a mianowicie „Trinny & Susannah ubierają Polskę”.

O fabule książki „Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” słów kilka

„Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” to niewielka książeczka o kieszonkowym formacie. Miejsca dużo nie zajmuje i do tego kosztuje niewiele, tym bardziej zatem warto się w nią zaopatrzyć. Jest to mini-przewodnik po świecie mody składający się z 10 rozdziałów. Już tytuł daje czytelnikowi wyobrażenie o tym, czego mniej więcej może się spodziewać. Poszczególne rozdziały są poświęcone temu, jak ubierać się w zależności od sytuacji, np. na rozmowę kwalifikacyjną, wywiadówkę w szkole czy na ślub. Na końcu przewodnika zamieszczona została baza sklepów polecanych przez autorki, co według mnie podnosi jego wartość.

Myślę, że żadną przesadą nie będzie stwierdzenie, iż „Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” stanowi poniekąd kontynuację innego poradnika Trinny & Susannah, a mianowicie „Jak się nie ubierać? Zasady”, gdzie opisane zostały zasady komponowania stroju adekwatnego do typu sylwetki. Jeśli zatem wiemy, jaki rodzaj sylwetki posiadamy, do zakupów odzieżowych podchodzimy z zupełnie innym nastawieniem. Jednakże wiedza o tym, co rzeczywiście do nas pasuje, a czego należy unikać, to za mało. Trzeba jeszcze umieć odnaleźć się w określonych okolicznościach i dzięki książce „Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” dowiadujemy się, w jaki sposób to uczynić.

Moja opinia na temat książki „Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” Trinny Woodall i Susannah Constantine

„Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” to bardzo solidne kompendium wiedzy będącej efektem wieloletniej działalności autorek w modowej branży. Nie bez powodu zresztą Trinny & Susannah są uwielbiane przez kobiety na całym świecie. Naprawdę mają pojęcie o tym, co robią i wykazują przy tym duże zaangażowanie. Nie uciekają się do ogólników, ponieważ w książce na konkretnych przykładach pokazują czytelniczkom rozmaite rozwiązania – zarówno te najlepsze, jak i najgorsze. Dzięki temu sporo dowiedziałam się o sobie i o swoim podejściu do kwestii związanych z ubieraniem się. Łatwiej mi było wyłapać pewne błędy i je skorygować.

Każda chyba kobieta ma problemy z garderobą. Pod jakim kątem ją komponować? Co powinno się w niej znaleźć, a co z niej wyrzucić? Wskazówki i porady udzielane przez Trinny & Susannah to konkrety, za sprawą których każda z nas może zmienić swój wizerunek na plus. Powiedzmy sobie wprost – nam, kobietom, dodaje to pewności siebie. Zwłaszcza, że żyjemy w czasach, w których do tego typu kwestii przywiązuje się wręcz nadmierną wagę – zewsząd jesteśmy dosłownie atakowane wyidealizowanymi wizerunkami kobiet, co może bardzo podkopać poczucie własnej wartości. Tymczasem należy sobie uzmysłowić, że wszystkie jesteśmy piękne i wyjątkowe – pokazanie tego światu leży jak najbardziej w naszym zasięgu. A skoro osoby doświadczone pragną dzielić się z nami swoją wiedzą, to nie odrzucajmy tej pomocy i z niej korzystajmy. Nie jest to rzecz jasna obowiązkowe, ale uważam, że warto mieć to na względzie.

Czy warto kupić książkę „Jak się nie ubierać. Na każdą okazję”?

„Jak się nie ubierać. Na każdą okazję” polecam w pierwszej kolejności tym paniom, które pogubiły się w poszukiwaniach własnego stylu albo chciałyby coś zmienić, ale dokładnie nie wiedzą co. Na lekturę tę uwagę powinny zwrócić również i pozostałe przedstawicielki płci pięknej – jestem przekonana, iż niejednokrotnie z niej skorzystacie. Rzeczowo i na temat – czego chcieć więcej?

W pogoni za przeszłością – czyli „Kilka sekund od śmierci” Harlana Cobena

0
W pogoni za przeszłością – czyli „Kilka sekund od śmierci” Harlana Cobena

Podszyta sensacją proza jest tym, co zdecydowanie uwielbiam. Jestem otwarta na różne propozycje – zwłaszcza, jeśli wychodzą spod pióra cenionych przeze mnie autorów. Jednym z nich jest Harlan Coben. Ma on w swoim dorobku powieści dla młodzieży – kategoria ta wcale mnie nie zraża, ponieważ z doświadczenia wiem, że można w niej znaleźć naprawdę mnóstwo perełek.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Harlana Cobena „Kilka sekund od śmierci”?

Powieści autorstwa Harlana Cobena od dawna już wzbudzają moje zainteresowanie. Zawsze mogę liczyć na solidną dawkę emocji i wrażeń – i jak dotąd nie rozczarowałam się. Pisarz ma w swoim bogatym dorobku wiele pozycji – w tym także i te adresowane do młodszych czytelników. Mam tu na myśli cykl, którego głównym bohaterem jest nastolatek Mickey Bolitar. Pierwsza jego część nosi tytuł „Schronienie”, której lekturę serdecznie wszystkim polecam. W niniejszej recenzji skupię się na tomie drugim – do jego przeczytania nie trzeba było mnie zachęcać. Poprzedni nie przyniósł bowiem rozwiązania wszystkich zagadek, więc dosłownie zżerała mnie ciekawość, jak potoczyła się dalej ta niesamowita opowieść.

Kim jest autor książki Harlan Coben?

Harlan Coben to jeden z najbardziej poczytnych na świecie autorów powieści kryminalnych. Przyszedł na świat w 1962 r. w żydowskiej rodzinie w Newark (USA). W Amherst College studiował politologię – w tym okresie przynależał również do bractwa Psi Epsilon, gdzie poznał Dana Browna, który do dziś jest jego przyjacielem. Największą popularność przyniosła Cobenowi seria, której bohaterem jest Myron Bolitar. Jego twórczość była wielokrotnie nagradzana i wyróżniana, m.in. prestiżową nagrodą Edgar Poe Award.

O fabule książki „Kilka sekund od śmierci” słów kilka

Zanim sięgnięcie po „Kilka sekund od śmierci”, koniecznie przeczytajcie najpierw „Schronienie” – obie części są bowiem mocno ze sobą powiązane, ważne jest zatem, by zachować ciągłość. Mickey Bolitar wciąż usiłuje się dowiedzieć prawdy o ojcu – nie ma pewności czy rzeczywiście zginął on w wypadku, czy żyje. Wciąż słyszy w głowie głos staruszki zwanej Nietoperzycą mówiącej mu, że jego ojciec wcale nie umarł – nie dają mu to spokoju. W domu Nietoperzycy chłopak ogląda pewną fotografię – rozpoznaje na niej sanitariusza, który jako pierwszy zjawił się na miejscu wypadku i poinformował chłopaka o śmierci ojca. Tymczasem staruszka twierdzi, iż jest to owiany złą sławą hitlerowiec zwany Rzeźnikiem z Łodzi. Jak to możliwie, że w ogóle nie zmienił się od czasów II wojny światowej?

Na tym jednak nie koniec. Mickey jest przekonany, iż Nietoperzyca skrywa sekret, którego nie chce wyjawić, a który z pewnością przyniósłby odpowiedzi na wiele pytań kłębiących się w głowie bohatera. Jak by tego było mało, dochodzi do strzelaniny, w której ginie matka Rachel – dziewczyny, którą Mickey jest zainteresowany. Dosłownie na chwilę przed tą tragedią rozmawiał z Rachel przez telefon. Czy jej życie znajduje się w niebezpieczeństwie?

W zaistniałych okolicznościach nie pozostaje nic innego, jak kontynuować śledztwo, wzbogacając je o nowe wątki takie jak rozszyfrowanie tożsamości mężczyzny ze zdjęcia oraz wytropienie zabójcy matki Rachel. Bohater może liczyć na pomoc ze strony Łyżki i Emy. Czego się dowiedzą? Dokąd zaprowadzą ich tropy? Czy poradzą sobie z piętrzącymi się trudnościami? Tego oczywiście Wam nie zdradzę.

Moja opinia na temat książki Kilka sekund od śmierci” Harlana Cobena

W książce „Kilka sekund od śmierci” dzieje się – jak to u Cobena – naprawdę sporo. Akcja jest wartka i co chwila zaskakuje nieoczekiwanymi zwrotami. Przyznać trzeba autorowi, że lubi mieszać czytelnikom w głowach. Świetnie mu to wychodzi, w związku z czym nie ma opcji, by odgadnąć rozwiązanie. Otrzymujemy fabułę utkaną z wielu wątków, które na pierwszy rzut oka niekoniecznie do siebie pasują, jednakże w pewnym momencie zaczynają tworzyć logiczną całość. Są niczym elementy tej samej układanki.

Portrety bohaterów Coben kreśli z niebywała wprawą, dbając przy tym o to, by każdy z nich wyróżniał się czymś innym. To u niego bardzo lubię. Poza tym warto przy tej okazji dodać, iż podziwiam go również za jego wyobraźnię, co pozwala tworzyć mu historie, od których trudno się oderwać.

Duży plus za zakończenie. Przyznaję szczerze, iż nie wprawiło mnie w stan błogiego zadowolenia. Ze względu na otwarty charakter skłoniło mnie do tego, by jak najszybciej sięgnąć po kolejną część perypetii dzielnego nastolatka.

Czy warto kupić książkę „Kilka sekund od śmierci”?

„Kilka sekund od śmierci” to książka, która przypadnie do gustu zarówno wszystkim wielbicielom twórczości Cobena, jak i tym, którzy dopiero rozpoczynają swą przygodę z nią. Nikt nie będzie rozczarowany. Styl autora, jego błyskotliwość i pomysłowość to gwarancja sukcesu. Co prawda w powieściach opatrzonych etykietką „dla młodzieży” mniej jest mroku aniżeli w pozycjach dla dorosłych czytelników, aczkolwiek w niczym to nie przeszkadza i w żaden sposób nie ujmuje wartości tych książek. Przeczytanie „Kilku sekund od śmierci” zajęło mi raptem dwa wieczory, a po zakończeniu lektury odczuwałam spory niedosyt. Wam również życzę niezapomnianych wrażeń!

Jak smakuje szczęście – o tym opowiada Agnieszka Maciąg

0

Żyć w zgodzie ze sobą i naturą oraz być szczęśliwym – o tym marzą chyba wszyscy, chociaż dla każdego z nas oznacza to co innego. Tymczasem to wszystko jest zwykle znacznie bliżej aniżeli się nam wydaje. I wbrew pozorom wcale nie potrzebujemy gwiazdki z nieba, by poczuć się spełnionymi ludźmi. Wystarczy zaledwie kilka prostych zmian i wprowadzenie paru zdrowych nawyków.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Agnieszki Maciąg „Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie”?

Książkę „Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie” zobaczyłam u koleżanki. Tytuł mnie zainteresował – zwłaszcza, że Agnieszka Maciąg, autorka, to przecież bardzo znana osoba. Cenię ją i podziwiam już od wielu lat. Dlatego też postanowiłam nieco bliżej przyjrzeć się wspomnianej publikacji. Pożyczyłam ją od znajomej, ale potem i tak zaopatrzyłam się w swój własny egzemplarz.

Kim jest autorka książki Agnieszka Maciąg?

Agnieszka Maciąg, rocznik 1969, to jedna z najbardziej znanych polskich modelek. Jest również aktorką oraz dziennikarką. Ma na swoim koncie także płytę „Marakesz 5:30”, którą nagrała w 1996 r. W latach 2002–2005 była dyrektorem artystycznym Vistuli. Jest bardzo zaangażowana w działalność charytatywną. Patronuje różnym kampaniom społecznym takim jak m. in. „Po prostu położna” – celem tej akcji jest uświadamianie Polek w zakresie ich praw do bezpłatnej edukacji przedporodowej. Prywatnie Agnieszka Maciąg jest żoną fotografa Roberta Wolańskiego. Jest wegetarianką i entuzjastką zdrowego stylu życia, który stara się promować m. in. w swoich książkach.

O fabule książki „Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie” słów kilka

„Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie” nie jest książką kucharską, ale poradnikiem poświęconym nie tylko zdrowemu odżywianiu się, ale również i innym aspektom naszego życia. Książka została składa się z kilku rozdziałów. Pierwszy z nich to „Dieta” – przyznaję, że to on właśnie w głównej mierze nakłonił mnie do lektury. Znalazłam tu wiele cennych informacji i fajnych przepisów – cóż, modelki ze mnie zrobią, ale przynajmniej dzięki radom autorki staram się jeść bardziej zdrowo. Kolejne rozdziały są poświęcone urodzie, harmonii, jodze i naturze, a ostatni nosi tytuł „Piękno”. Okazał się on dla mnie dość dużym zaskoczeniem. Autorka skupia się w nim na tym, by doceniać samego siebie, albowiem tajemnica piękna tkwi nie w zadbanym wyglądzie, a w nas samych. Zbyt często o tym zapominamy i ślepo podążamy za zmieniającymi się modnymi trendami.

Książka napisana jest pięknym i bardzo przystępnym językiem. Zawiera mnóstwo przydatnych wskazówek i podpowiedzi. Dowiecie się z niej m. in. jak skutecznie walczyć ze stresem, pod jakim kątem dobierać poszczególne składniki diety, jak korzystać z leczniczej mocy natury itp.

Całość została wspaniale wydana i okraszona cudownymi zdjęciami, które sprawiają, iż od strony wizualnej książka prezentuje się naprawdę niesamowicie. Generalnie rzecz biorąc, została dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, co bezwzględnie przemawia na jej korzyść.

Moja opinia na temat książki „Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie” Agnieszki Maciąg

Agnieszka Maciąg pisze o tym, co zna z własnego doświadczenia i co sama na co dzień stosuje. Z tego też względu „Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie” jest książką, która wciąga bardzo szybko. Po jej lekturze nabrałam szczerej ochoty na wprowadzenie w moim życiu zmian, dzięki którym nie tylko ładniej wyglądam, ale nade wszystko lepiej się czuję we własnej skórze. Istotne przy tym jest to, by w pierwszej kolejności zmodyfikować sposób myślenia – do tej pory nie przywiązywałam do tego aspektu należytej wagi. Jak się jednak okazuje, myśli mają potężną moc. Kiedy zmieniamy swoje nastawienie do wielu spraw, nagle zaczynamy je dostrzegać z zupełnie innej perspektywy. Grunt to mieć rozsądne podejście do otaczającej nas rzeczywistości i umieć zachować spokój.

W trakcie lektury nie sposób nie zwrócić uwagi na to, iż autorka sporo czerpie z filozofii Wschodu. Jak się okazuje, inspiracji nie tylko można, ale wręcz trzeba, szukać wszędzie. Jeśli nie będziemy próbować nowych rzeczy, nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę jest dla nas dobre. Być otwartym i ciekawym świata – to pomaga i wzbogaca człowieka.

Kiedy skończyłam czytać książkę, czułam się naładowana pozytywną energią. I nie zwlekałam z robieniem porządków. Mniejsze zmiany wdrożyłam w praktykę od ręki, z tymi większymi zaś sprawa jest nieco bardziej skomplikowana – wiadomo, wymagają więcej czasu. Oczywiście, to czy weźmiecie sobie do serca porady Agnieszki Maciąg, czy nie, jest Waszą prywatną sprawą, aczkolwiek gorąco do tego namawiam – to po prostu działa.

Czy warto kupić książkę „Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie”?

Zakup książki „Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie” polecam wszystkim z czystym sumieniem. Sama dość często sięgam po tę lekturę. Jeśli wciąż szukacie swojego miejsca w życiu i nie do końca wiecie, w którym kierunku podążyć, to jest to dla Was idealna rzecz. Myślę, że chyba każdy czuje się niekiedy zagubiony, a zamiast wewnętrznej harmonii odczuwa dyskomfort i niepokój. Wtedy warto sobie przypomnieć, jak smakuje szczęście.

Dokąd zmierzasz człowieku – o pokoleniu Ikea opowiada Piotr C.

0

Jak wygląda życie osób urodzonych w latach 70-tych ubiegłego wieku? O czym marzą? Za czym gonią? Z jakimi problemami się borykają? Myślę, że każdy, kto przyszedł na świat w tamtych czasach miałby wiele ciekawego do powiedzenia.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Piotra C. „Pokolenie IKEA”?

Pokolenie Ikea to jeden z najczęściej odwiedzanych przeze mnie blogów. Wiem, że nie każdemu się podoba i że wzbudza sporo kontrowersji – głównie z uwagi na język, jakim się posługuje autor. Nie ma co owijać w bawełnę – jest to język wulgarny, jednakże z drugiej strony czy nie takiego właśnie używa większość Polaków? Dziwne, że w ustach innych często razi nas to, co sami wypowiadamy na głos. Niemniej jednak abstrahując od tego aspektu, Piotrowi C. należy przyznać, iż jest niezwykle spostrzegawczym, błyskotliwym i inteligentnym człowiekiem potrafiącym zgrabnie przelewać myśli na papier. Za to go cenię. Dlatego też zdecydowałam się na przeczytanie jego książki „Pokolenie IKEA”.

Kim jest autor książki Piotr C.?

Piotr C. znany jest doskonale znany przede wszystkim jako autor bloga Pokolenie Ikea, który cieszy się bardzo dużą popularnością i odnotowuje przeszło milion odsłon miesięcznie. O autorze wiadomo w zasadzie tylko tyle, co sam napisał na swój temat na wspomnianej stronie. A zatem liczy sobie ok. 40 lat, mieszka na warszawskiej Ochocie i jest miłośnikiem interesujących historii, których lubi słuchać, ale sam też chętnie dzieli się nimi z innymi. Podkreśla, iż pisze dla przyjemności oraz nie ma potrzeby bycia rozpoznawalnym. Napisał dwie książki – „Pokolenie IKEA” oraz „Pokolenie IKEA. Kobiety”.

O fabule książki „Pokolenia IKEA” słów kilka

Głównym bohaterem „Pokolenia IKEA” jest Piotr – ksywka Czarny. Pracuje w warszawskiej korporacji, jest nieźle zarabiającym prawnikiem, ma podobnych sobie znajomych. Z powodzeniem u kobiet różnie bywa – raz narzeka na jego brak, a kiedy indziej nie. Relacje damsko-męskie oraz seks są zresztą bardzo ważnym elementem książki, wokół nich kręci się tak de facto wszystko. Nie da się ukryć, iż Czarny bardzo mocno koncentruje się na tych kwestiach i widać, że w jego życiu odgrywają one istotną rolę. Funkcjonuje tak, jak wielu innych jego rówieśników – czyli trzyedziestoparolatków. Większość dnia spędza w pracy, uczestnicząc w wyścigu szczurów. Najlepszymi dla niego sposobami na odreagowanie wiążącego się z tym stresu są przypadkowy seks i alkohol. Czarny jest przy tym strasznym egoistą – jedynym człowiekiem, który się dlań liczy jest on sam, stąd zapewne jego do bólu cyniczna i mocno zdystansowana postawa.

Książka pod względem objętościowym jest niewielka, dlatego można bez problemu przeczytać ją w jedno popołudnie. Została napisana niezwykle lekkim i swobodnym językiem nie pozbawionym specyficznego dość poczucia humoru oraz wspominanych już wcześniej wulgaryzmów. Nie jestem co prawda na tym punkcie jakoś specjalnie przewrażliwiona, lecz przyznaję, że na początku trochę mi to przeszkadzało. Później już kompletnie na to uwagi nie zwracałam.

Portrety przedstawicieli pokolenia Ikea zostały w książce wręcz przerysowane, ale moim zdaniem zabieg ten podniósł wartość lektury i sprawił, że czytelnik przytomniejszym wzrokiem patrzy na niektóre sprawy. Wszystkie wydarzenia opisano ze sporą dozą brutalnego wręcz realizmu.

Moja opinia na temat książki „Pokolenie IKEA” Piotra C.

Tematyka „Pokolenia IKEA” jest mi szalenie bliska – z tego przede wszystkim względu, iż podobnie jak bohater urodziłam się w latach 70-tych. Na własnej skórze doświadczyłam wyścigu szczurów oraz konsekwencji uczestnictwa w nim. Wiem doskonale, co to znaczy marzyć o własnym mieszkaniu i ogólnie o lepszym życiu, przy czym punktem odniesienia jest to, jak żyli moi rodzice. Sporo mam wśród znajomych moich równolatków, którzy ukończyli studia wyższe, nawet po kilka kierunków, a następnie zostali wciągnięci przez szpony korporacji i tkwią w nich do dziś. Co z tego, że nie są zadowoleni ze swego życia? Liczy się przecież kasa.

Ja i Czarny nie zgadzamy się we wszystkim. Może niekoniecznie pochwalam jego postępowanie, ale na pewno doskonale go rozumiem i wiem, jakimi pobudkami się kieruje. Nie mam też żadnych wątpliwości co do tego, że za ścianą sarkazmu i zgryźliwości kryje się wrażliwy człowiek, który pragnie tego, co inni. Miłości i godnego życia – tylko tego i aż tego, gdyż dla niektórych droga do osiągnięcia takiego stanu bywa niesamowicie wyboista.

Czy warto kupić książkę „Pokolenie IKEA”?

„Pokolenie IKEA” to książka przesiąknięta prawdą – nie dla wszystkich wygodną, gdyż ukazującą tytułową generację jako zagubioną we współczesnym świecie. Lektura skłania do głębokich refleksji nad własnym życiem. Czy kierunek, którym podążamy, oby na pewno jest właściwy? Czy wybrana przez nas droga nie wiedzie na manowce? Nie mamy zielonego pojęcia o tym, ile czasu nam dano. Szkoda go marnować na zaciekłą gonitwę za dobrami materialnymi, które u kresu naszej podróży nie będą mieć żadnego znaczenia. Takich osób jak Czarny jest wśród nas mnóstwo. Tym, co powinni zrobić, by poprawić jakość swego życia, jest opuszczenie wygodnej strefy komfortu.

Prawdziwy świat według kobiet – o powieści „Coraz mniej olśnień” Ałbeny Grabowskiej-Grzyb

0

Jaki jest świat widziany oczami współczesnych kobiet? Niektórym się zapewne wydaje, że słodki i bezpretensjonalny. Jednakże takie myślenie nie jest niczym innym, jak stereotypami, czego Ałbena Grabowska-Grzyb w swojej powieści „Coraz mniej olśnień” skutecznie dowodzi.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Ałbeny Grabowskiej-Grzyb „Coraz mniej olśnień”?

Twórczość Ałbeny Grabowskiej-Grzyb nie była mi w ogóle znana, dopóki nie przeczytałam książki „Coraz mniej olśnień”. Dlaczego zdecydowałam się po nią sięgnąć? Przede wszystkim dlatego, że na wielu blogach przeczytałam świetne opinie na jej temat, więc chciałam się przekonać, ile w nich jest prawdy. Poza tym przyznaję, iż zaintrygowało mnie nieco egzotycznie brzmiące imię autorki. I cóż mogę powiedzieć? Niezmiernie się cieszę, że poznałam kolejną niezwykle utalentowaną pisarkę oraz jedną z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek w życiu trafiły w moje ręce. I tylko jeszcze jedna uwaga, jaka nasunęła mi się przy tej sposobności. Nie znoszę łatki „literatura kobieca”, którą ochoczo przypina się książkom pisanym przez kobiety. Proszę się zatem tym określeniem w żadnym wypadku nie sugerować – wiem, że niektórych zniechęca to do czytania, a w tym akurat przypadku naprawdę szkoda rezygnować przez coś takiego z lektury.

Kim jest autorka książki Ałbena Grabowska-Grzyb?

Ałbena Grabowska-Grzyb, rocznik 1971, jest z wykształcenia lekarzem neurologiem epileptologiem. Posiada bułgarskie korzenie – stąd jej imię oznaczające w języku bułgarskim tyle, co Kwitnąca Jabłoń. Na co dzień pracuje w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym, piastuje również stanowisko sekretarza Polskiego Towarzystwa Epileptologii. Ma na swoim koncie kilka książek, spośród których większość jest adresowana do dzieci młodszych i nieco starszych. Jak dotąd w jej literackim dorobku znajdują się dwie pozycje dla dorosłych, a mianowicie „Coraz mniej olśnień” i „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, przy czym ta druga jest jej powieściowym debiutem. Prywatnie matka trójki dzieci i wielbicielka teatru, filmu oraz muzyki.

O fabule książki „Coraz mniej olśnień” słów kilka

Głównymi bohaterkami książki „Coraz mniej olśnień” są trzy kobiety, których losy tylko pozornie nie są ze sobą splątane. Lena jest stylistyką pracującą w znanym magazynie mody. Marzy się jej kariera w tym fachu, ale musi zmienić plany, gdy zostaje wyrzucona z redakcji. Bardzo trudno jest jej zrezygnować z życia na dość wysokim poziomie, do którego zdołała już przywyknąć. Ucieka się zatem do różnych metod, które zapewnią jej przetrwanie. Nie jest postacią budzącą sympatię. To pozbawiona uczuć i wyrachowana egoistka. Pewnego dnia decyduje się podjąć opiekę nad niewidomą poetką Elą. Ale czy to ją zmieni?

Maria z kolei jest dziennikarką – typową hieną wyznającą zasadę „po trupach do celu”. Liczy się dla niej tylko kariera, nawet kosztem małżeństwa i wielu innych spraw. Jest znienawidzona przez otoczenie, a odstrasza w niej dosłownie wszystko – i wygląd, i sposób bycia.

Jest również i Alina, dawna przyjaciółka Marii, o której ludzie myślą, że zginęła w wypadku. Okazuje się tymczasem, że stało się zupełnie inaczej. Wcześniej była bardzo cenioną lekarką, miała też rodzinę, której szczerze nienawidziła. Wypadek stał się dla niej znakomitym pretekstem do odcięcia się od przeszłości i rozpoczęcia zupełnie nowego życia. Wie, że Maria ją poznała i że dołoży wszelakich starań, by ją znaleźć.

To tyle, co mogę Wam zdradzić w kwestii fabuły. Sami musie koniecznie dowiedzieć się, jak potoczyła się ta historia. Zapewniam, iż zakończenie będzie dla Was kompletnym zaskoczeniem.

Moja opinia na temat książki „Coraz mniej olśnień” Ałbeny Grabowskiej-Grzyb

Tym, co w pierwszej kolejności przykuło moją uwagę, jest sposób, w jaki Ałbena Grabowska-Grzyb pokazała bohaterki. Nie są one generalnie zaprezentowane w pozytywnym świetle. Autorka skupiła się na mrocznej części ich natury, co odbiega od pewnych standardów, z którymi mamy zwykle do czynienia w literaturze. Rzeczywistość widziana z ich perspektywa nie jest kolorowa i posypana lukrem. To brutalny i wymagający świat, gdzie do głosu dochodzą najbardziej skryte pragnienia i żądze. Gdzie ludźmi kierują emocje, o których niezbyt chętnie mówi się głośno. Gdzie kobiety każdego dnia stają w obliczu trudnych wyzwań i konieczności podejmowania niełatwych decyzji. I gdzie skupiają się na sobie, co nie jest dobrze postrzegane przez społeczeństwo.

Autorka posługuje się dojrzałym i szalenie plastycznym językiem, co w dużej mierze wpływa na to, że od książki ciężko się oderwać. Portrety kobiet zostały świetnie nakreślone. Bohaterki ponoszą bolesne konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji. Czytelnik ma sposobność przekonać się, jakie skutki pociąga za sobą kierowanie się chorymi ambicjami.

Czy warto kupić książkę „Coraz mniej olśnień”?

„Coraz mniej olśnień” to kawał solidnej literatury obyczajowej przyprawiającej o dreszcz rodem z najbardziej wytrawnych thrillerów. Powieść składa się z wielu wątków łączących się ze sobą w pewnym momencie w jedną, spójną całość skłaniającą do refleksji i zastanowienia się nad własnym życiem. Wiele w tej książce prawdy o nas samych, stąd niebywałe emocje towarzyszące lekturze. Nie ma opcji, by tak po prostu odłożyć ją na półkę i o niej zapomnieć. To jedna z tych rzeczy, które przyprawiają o czytelniczego kaca – i wierzcie mi, jest to komplement.

„Rękopis znaleziony w Saragossie” w nowym tłumaczeniu – garść refleksji o książce

0

Czy tłumaczenie w przypadku książek ma znaczenie? Okazuje się, że tak – i to ogromne. „Rękopis znaleziony w Saragossie” jest jednym z najlepszych tego przykładów. Warto poznawać różne przekłady ulubionych książek, gdyż dzięki temu zyskuje się na nie szersze spojrzenie.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Jana Potockiego „Rękopis znaleziony w Saragossie”?

„Rękopis znaleziony w Saragossie” to powieść, którą znają chyba wszyscy. Nawet, jeśli ktoś jej nie przeczytał, to bez wątpienia jej tytuł niejednokrotnie obił mu się o uszy. Ponad wszelaką wątpliwość należy stwierdzić, iż jest to rzecz zaliczana do klasyków zarówno polskiej, jak i francuskiej literatury. Książka jest mi doskonale znana, czytałam ją parokrotnie, dlatego też z wielką radością przyjęłam informację o pojawieniu się nowego tłumaczenia ostatniej wersji autorskiej z 1810 r. – do jego kupna nie trzeba mnie było namawiać. Wam również serdecznie polecam jej lekturę.

Kim był autor książki Jan Potocki?

Jan Potocki żyjący w latach 1761-1815 był powieścio- i dramatopisarzem, a oprócz tego zajmował się również wieloma innymi dziedzinami takimi jak np. etnografia, archeologia, historia oraz polityka. Był też znanym inżynierem oraz pasjonatem podróżowania. Pochodził z magnackiej rodziny. Jako pisarz został zapamiętany nade wszystko dzięki powieści fantastyczno-filozoficznej „Rękopis znaleziony w Saragossie” opublikowanej w 1805 r. i do dziś uznawanej za największe dzieło autora. Została ona napisana po francusku – należy jednak w tym miejscu przypomnieć, iż Potocki tworzył w tym właśnie języku. Już w czasach współczesnych powieść została przeniesiona na duży ekran – sfilmował ją Wojciech Hass. Ponadto doczekała się też wielu przekładów.

O fabule książki „Rękopis znaleziony w Saragossie” słów kilka

Zanim w skrócie nakreślę, o czym traktuje „Rękopis znaleziony w Saragossie”, pozwolę sobie napisać co nieco na temat nowego tłumaczenia ostatniej wersji autorskiej z 1810 r., ponieważ są to dość istotne informacje. Wielu pokoleniom polskich czytelników znany jest przekład Edmunda Chojeckiego z 1847 r. Warto jednak w tym miejscu przypomnieć, iż nie do końca tłumaczenie te należy traktować w kategoriach wiarygodnego. Nie, nie chodzi o to, że jest złe, ale stanowi połączenie dwóch wersji powieści. Co więcej, Chojecki pozwolił sobie na dopisanie swoich własnych fragmentów. Jeśli zaś chodzi o oryginał, to Potocki stworzył trzy wersje „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. François Rosset i Dominique Triaire od lat badający biografię i twórczość Potockiego opublikowali w 2006 r. powieść w takiej formie, w jakiej wyszła spod pióra autora. Na język polski przełożyła ją Anna Wasilewska.

Co się zaś tyczy już stricte samej fabuły, to bohaterem „Rękopisu znalezionego w Saragossie” jest młody 18-latek Alfons von Wordem. Hiszpański monarcha mianuje go kapitanem gwardii walońskiej. Wraz z armią bohater rusza do Hiszpanii. Droga nie jest łatwa, trzeba przeprawić się m.in. przez podziemia zamieszkiwane przez sztab mauretańskiego rodu Gomelezów. W trakcie podróży giną dwaj słudzy Alfonsa, on zaś sam musi sprostać jeszcze wielu wyzwaniom. Na opowieść składa się spora ilość wątków, które niektórym wydają się bardzo zagmatwane. W rzeczywistości jednak wcale takie nie są. Proszę pamiętać o tym, iż Potocki miał niezwykle rozległe zainteresowania – wśród nich ważne miejsce zajmowały mistyka, okultyzm oraz satanizm, w związku z czym wyraźnie odbiło się to także i na jego twórczości.

Moja opinia na temat książki „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego

„Rękopis znaleziony w Saragossie” jest bogatą i złożoną powieścią, której nie da się zaszufladkować. Obecne w niej są bowiem elementy różnych gatunków i stylów literackich, dlatego też jednorazowe jej przeczytanie jej nie wystarczy. Czytelnik zawsze odkryje w niej coś zupełnie innego – zwłaszcza, jeżeli ma świadomość, iż obcuje z oryginałem pozbawionym dopisków tłumacza. Mam tu oczywiście na myśli wersję, nad którą pracowali François Rosset i Dominique Triaire.

Osobiście odbieram tę powieść jako historię pokazującą, że zdrowy rozsądek i trzeźwe myślenie zawsze wygrywają. To one właśnie sprawiają, iż strach, złudzenia czy tajemnice, którymi ludzie karmią się z tak ogromną lubością, okazują się jedynie inscenizacjami. Czymś, co można przygotować i co jak najbardziej jest dziełem człowieka. Oprócz tego „Rękopis znaleziony w Saragossie” jest dla mnie doskonałym przykładem dzieła, które pokazuje, iż w literaturze opowiadanie ciekawych i intrygujących historii odgrywa kluczową rolę. W przeciwnym razie nie ma opcji, by zainteresować czytelnika i pozyskać jego uwagę.

Czy warto kupić książkę „Rękopis znaleziony w Saragossie”?

„Rękopis znaleziony w Saragossie” jest powieścią, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Najważniejsze, by podczas lektury zachować otwarty umysł oraz pamiętać o tym, że kiedyś obowiązywały nieco inne kanony aniżeli we współczesnej literaturze. Jest sentymentalnie, momentami romantycznie, a chwilami z kart książki wieje grozą – a wszystko to doprawione zostało szczyptą filozofii. Dla osób lubiących czytelnicze wyzwania to nie lada gratka.

Szczególnie polecam przyjrzeć się nieco bliżej nowemu tłumaczeniu ostatniej wersji autorskiej z 1810 r. Nie namawiam do odcinania się od przekładu Chojeckiego – zachęcam do porównań, na pewno okażą się owocne.

W kalejdoskopie barwnych wspomnień – o książce Bełły-Chan Skwarskiej

0

Dzieciństwo ma ogromny wpływ na całe nasze życie. W dużej mierze w tym właśnie okresie kształtuje się nasz charakter – odbywa się to wpływem wielu czynników. W związku z tym mamy różne wspomnienia, którymi bardziej lub mniej chętnie się dzielimy. Są przy tym ludzie, których opowieści słucha się dosłownie z zapartym tchem.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Bełły-Chan Skwarskiej „Urodziłam się nad Bajkałem”?

Odkąd pamiętam zawsze lubiłam książki autobiograficzne – pisane zarówno przez znanych ludzi, jak i przez zwykłe osoby, których twarze nie królują na pierwszych stronach gazet czy w internecie. Niemniej jednak nie oznacza to wcale, że osoby te nie mają niczego ciekawego do powiedzenia – wręcz przeciwnie, niejednokrotnie ich historie są szalenie interesujące. Książka „Urodziłam się nad Bajkałem” Bełły-Chan Skwarskiej jest najlepszym tego przykładem. Zobaczyłam ją w jakiejś księgarni. Mój wzrok przykuła okładka – przyznaję, że to na tej podstawie zdecydowałam się na zakup. Nie żałuję, ponieważ dzięki temu poznałam bardzo piękną i poruszającą książkę, którą serdecznie polecam każdemu z Was.

Kim jest autorka książki Bełła-Chan Skwarska?

Bełła-Chan Skwarska, rocznik 1946, pochodzi z Buriacji, państwa nad Bajkałem. Jest absolwentką Konserwatorium Muzycznego w Nowosybirsku. W 1968 r. była uczestniczką Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”, podczas którego poznała swego przyszłego męża. W Polsce mieszka na stałe od 1973 r. Jest osobą wychowaną w dwóch kulturach – buriackiej i rosyjskiej. Jej ojciec był buddystą – to właśnie on wprowadził ją w świat buddyjskiej filozofii. Swoje wspomnienia i doświadczenia Bełła-Chan Skwarska opisała w autobiograficznej książce zatytułowanej „Urodziłam się nad Bajkałem”.

O fabule książki „Urodziłam się nad Bajkałem” słów kilka

„Urodziłam się nad Bajkałem” to wspaniała, pełna ciepła książka, która przenosi czytelnika do tajemniczego i jednocześnie niezwykłego kraju – do Buriacji, która obecnie wchodzi w skład Federacji Rosyjskiej. Jest autonomiczną republiką, która od południa graniczy z Mongolią. Takie, a nie inne położenie geograficzne sprawia, że jest to miejsce, gdzie przenikają się dwie kultury – mongolska i rosyjska.

Bełła-Chan Skwarska przedstawia obraz Buriacji z początku lat 50-tych poprzedniego stulecia. Spędziła tutaj rok – była wówczas 6-letnią dziewczynką. Niesamowicie wrażliwą, muzycznie utalentowaną i chłonącą niczym gąbka wszystko, co działo się dookoła niej. Jej ojciec był weteranem wojennym i wywodził się z zamożnej książęcej rodziny mongolskiej. W życiu córki odgrywał wówczas kluczową rolę. Udzielał jej lekcji wychowania pozostających w zgodzie z buddyjską filozofią – co ciekawe, do dnia dzisiejszego lekcje te nic a nic nie straciły na aktualności, co jedynie dowodzi tego, iż zasady te każdy jest w stanie wdrażać w praktykę. Warto przy tej sposobności nadmienić, iż ojciec bohaterki był mądrym człowiekiem. Miał chociażby świadomość tego, co z trudem przychodzi bardzo wielu rodzicom – miał w zwyczaju powtarzać, iż należy mieć baczenie na słowa kierowane do dziecka, albowiem nigdy nie wiadomo, ile rzeczywiście jest ono w stanie z nich zrozumieć.

Czytając książkę, nie sposób też nie zwrócić uwagi na postacie drugoplanowe. Nie da się ich nie lubić. Największą sympatię z mojej strony zaskarbili sobie Niania, niemalże 100-letnia Babcia oraz wuj-myśliwy. Przewijające się przez opowieść Bełły-Chan Skwarskiej osoby są bardzo ważnym jej elementem oraz jednocześnie najlepszym dowodem na to, że historię i wspomnienia zawsze budują ludzie, o czym niekiedy zdarza się nam zapominać.

Moja opinia na temat książki „Urodziłam się nad Bajkałem” Bełły-Chan Skwarskiej

„Urodziłam się nad Bajkałem” to książka napisana cudownym, nie pozbawionym humoru językiem, dzięki czemu czas poświęcony na jej lekturę upływa naprawdę nie wiadomo kiedy. To nie tylko wspomnienia z krainy, która wydaje się wręcz bajkowa. To także obraz tego, jak żyje się w istnym tyglu kulturowym – obok Mongołów, Buriatów oraz Rosjan mamy też m. in. Cyganów, wyznawców prawosławia, weteranów wojennych czy ludzi zesłanych przez reżim na Sybir. I tutaj wspomnę o tym, co strasznie mi się spodobało. Autorka wspomina, iż liczyło się nade wszystko to, jakim ktoś był człowiekiem i co sobą reprezentował – nie miało przy tym żadnego znaczenia, po której stronie barykady walczył. Szkoda, że w dzisiejszych czasach ludzie użerają się ze sobą i jeden drugiemu za wszelką cenę chce dowieść swoich racji. Ocenia się innych wedle ich wyznania, poglądów politycznych i wielu jeszcze czynników. Ale czy to nie daje fałszywego wyobrażenia o danym człowieku? Cóż, na te pytanie każdy powinien sobie sam odpowiedzieć.

Czy warto kupić książkę „Urodziłam się nad Bajkałem”?

„Urodziłam się nad Bajkałem” jest książką, którą polecam absolutnie wszystkim. To fenomena opowieść o ludziach, którzy spotkali się w wyjątkowym miejscu na świecie. Lektura daje ponadto sposobność poznania nieco bliżej buddyjskiej filozofii oraz jakże bogatych zwyczajów buriackich. Skłania również do głębokich refleksji nad własnym życiem i do pochylenia się nad wieloma związanymi z tym kwestiami dotyczących naszych korzeni, przodków oraz kultury, w której zostaliśmy wychowani. Genialna rzecz, którą warto mieć w swojej biblioteczce.

Nie wypaść ze swej roli – o „Awarii małżeńskiej” Sochy i Witkiewicz

0

Żyjemy w czasach, w których wymagania wobec kobiet są ogromne. Społeczeństwo oczekuje, że będziemy perfekcyjne w każdym calu, bezbłędnie radząc sobie na niwie zawodowej, prywatnej oraz rodzinnej. Jest to jednak stereotypowe myślenie – wciąż niestety żywe pomimo tego, że mamy XXI wiek.

Dlaczego sięgnęłam po książkę Magdaleny Witkiewicz i Natalii Sochy „Awaria małżeńska”?

„Awaria małżeńska” była jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie książek. Zarówno twórczość Magdaleny Witkiewicz, jak i Natalii Sochy, jest mi doskonale znana – byłam niezmiernie ciekawa, na ile wybuchowy duet stworzą te utalentowane pisarki i co wyniknie z ich wspólnej pracy. Efekty nie zawiodły mnie. „Awaria małżeńska” to znakomita, nie pozbawiona humoru książka, która nie tylko bawi, ale nade wszystko skłania do głębszych refleksji. Polecam ją każdej kobiecie, ale uważam, że i panom jej lektura absolutnie nie zaszkodzi.

Kim są autorki książki Magdalena Witkiewicz i Natasza Socha?

Magdalena Witkiewicz urodziła się w 1976 r. Jest absolwentką Uniwersytetu Gdańskiego, a ponadto ukończyła również Gdańskie Studium Bankowości oraz uczyła się w Gdańskiej Fundację Kształcenia Menadżerów. Jest właścicielką firmy marketingowej o nazwie Efekt Motyla. Jako pisarka zadebiutowała w 2008 r. powieścią „Milaczek”. Jej literacki dorobek jest dość bogaty.

Natasza Socha to pochodząca z Poznania pisarka, felietonistka oraz dziennikarka. Ma na swoim koncie kilka powieści takich jak m.in. „Maminsynek”, „Macocha” oraz „Zbuki”. Swój czas dzieli pomiędzy Poznań a niedużą wieś w Niemczech, gdzie wyjeżdża pisać. Prywatnie jest mężatką oraz mamą dwójki dzieci. W chwilach wolnych od pisania ilustruje książki dla dzieci, a także maluje i jeździ konno.

O fabule książki „Awaria małżeńska” słów kilka

Głównymi bohaterami „Awarii małżeńskiej” są Justyna i Ewelina oraz ich mężowie, Mateusz i Sebastian. Kobiety poznają się w dość nieprzyjemnych okolicznościach, a mianowicie przy okazji wypadku autobusowego spowodowanego przez kota przebiegającego ulicę. Panie trafiają na szpitalny oddział chirurgii urazowej, gdzie spędzają kilka tygodni. Jednakże to nie stan zdrowia wzbudza w nich największe obawy, ale to, jak w zaistniałej sytuacji poradzą sobie mężowie, na których spadł obowiązek prowadzenia domu i zajmowania się dziećmi. Kobiety są absolutnie tym przerażone, ale to samo można powiedzieć także o Mateuszu i Sebastianie niespodziewanie postawionych w obliczu zupełnie nowych wyzwań. Czy chcą, czy nie muszą im sprostać, ponieważ innego wyjścia najzwyczajniej w świecie nie mają. Trochę czasu zajmuje im to, by docenić to, jak ogromny wkład w życie małżeńskie i rodzinne wnoszą ich żony. Sami na własnej skórze przekonują się, iż ogarnianie tych wszystkich spraw to nie jest bułka z masłem – trzeba na to poświęcić mnóstwo czasu i wykazać się niekiedy anielską wręcz cierpliwością. Panowie nie mieli tej świadomości dopóki niefortunne zdarzenie nie wywróciło ich życia do góry nogami. Z drugiej zaś strony ukryć się nie da, że i dla bohaterek jest to dość solidna lekcja – uzmysławiają sobie, iż z ciężarem codziennych obowiązków nie muszą borykać się same.

Moja opinia na temat książki „Awaria małżeńska” Magdaleny Witkiewicz i Natalii Sochy

Przystępując do czytania „Awarii małżeńskiej” proszę nie myśleć o tej książce w kategoriach historii mających na celu ośmieszenie mężczyzn i pokazanie, jak nieporadni są bez kobiet. To prawda, że ich perypetie bawią, ale w żadnym wypadku powieść nie jest wycelowana przeciwko nim. „Awaria małżeńska” bazuje na starej i sprawdzonej zasadzie nauki poprzez zabawę – taka właśnie refleksja nasunęła mi się na myśl, gdy dotarłam do ostatniej strony. Możemy się śmiać, ale niezaprzeczalnym faktem jest to, że w wielu polskich rodzinach wciąż obowiązuje model, w którym to kobieta jest tzw. strażniczką domowego ogniska, co w praktyce oznacza dokładnie tyle, że robi wszystko. Nie ma znaczenia czy pracuje zawodowo, czy nie – to ona jest od sprzątania, gotowania, zajmowania się dziećmi itp. W niemałej mierze kobiety same są sobie winne, bo zamiast jasno określać granice, na własne życzenie wpędzają się maliny.

Dla ich mężów to rzecz jasna komfortowy układ, bo wszystko dostają pod nos. W tym momencie rodzą się ważne pytania o rolę mężczyzn we współczesnym świecie oraz o to, jak odnajdują się w roli małżonków i ojców. Nad tym też warto się zastanowić. Zwłaszcza, że człowiek nigdy nie wie, co mu się przytrafi i jakim położeniu się znajdzie. Mówiąc brzydko, żona nie zawsze będzie pod ręką – i co wtedy? Może warto więc wdrożyć pewne zmiany – nie trzeba od razu przeprowadzać rewolucji, dobre rezultaty przynosi też metoda małych kroków, byle tylko stawianych systematycznie i z konsekwencją.

Czy warto kupić książkę „Awaria małżeńska”?

„Awaria małżeńska” to pełna ciepła i humoru opowieść o ludziach zmagających się z prozą codzienności. Kierowanie się stereotypami i postępowanie wedle utartych schematów nikomu na dłuższą metę nie wychodzi na dobre. Są kwestie, na które powinniśmy spojrzeć chłodnym okiem, z dystansu. Trzeźwa analiza jest niekiedy potrzeba, by dostrzec to, czego nie widzimy albo widzieć nie chcemy. Tymczasem możemy zrobić naprawdę sporo, by ułatwić i sobie, i naszym bliskim codzienne funkcjonowanie, a przy okazji lepiej się poznać nawzajem.

Szczęście to stan umysłu – o poradniku Lee Crutchley’a

0

Ludzie różnią się między sobą pod bardzo wieloma względami. Jednakże w głębi duszy wszyscy pragniemy tego samego – szczęścia, chociaż dla każdego z nas oznacza ono co innego. Umiejętność osiągnięcia tego stanu i trwania w nim to bezsprzecznie jedna z najważniejszych w życiu rzeczy – wydawać by się mogło, że nie ma w tym niczego skomplikowanego, ale rzeczywistość niejednokrotnie mija się z naszymi oczekiwaniami. Dlaczego tak się dzieje? W czym tkwi przyczyna?

Dlaczego sięgnęłam po książkę Lee Crutchley’a „Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)”?

Przyznaję szczerze, że nie należę do miłośniczek poradników w jakiejkolwiek formie. Na rynku jest ich pod dostatkiem, co jest rezultatem modnych obecnie trendów, które niekoniecznie mi się podobają. Za ich tworzenie nierzadko biorą się osoby, które tak na dobrą sprawę powinny zająć się czymś innym – byle tylko nie pisaniem i doradzaniem komuś, jak ma żyć. Z tego też względu w ogóle nie miałam w planach przeczytania książki Lee Crutchley’a „Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)”, ale zmieniłam zdanie, gdyż namówiła mnie do tego koleżanka będąca podobnie jak ja książkowym molem. Pomyślałam sobie, że w sumie dwa czy trzy popołudnia mnie nie zbawią – i cieszę się niezmiernie, że pozycja ta trafiła w moje ręce. Cóż, człowiek nigdy nie wie, co i kiedy go zaskoczy.

Kim jest autor książki Lee Crutchley?

Lee Crutchley to angielski pisarz i artysta. Będący przedmiotem niniejszej recenzji poradnik „Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)” to trzecia książka w jego dorobku, która szybko zyskała miano bestsellera. Inspiracją do jej napisania stały się doświadczenia autora na niwie zmagań ze smutkiem. Wcześniejszymi pozycjami autorstwa Lee Crutchley’a są „Quoteskine Vloume 1” oraz „The Art of Getting Started”.

O fabule książki „Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)” słów kilka

„Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)” to poradnik, ale taki trochę nietypowy. Ma formę zeszytu ćwiczeń – nieco przypomina książki takie jak np. „Zniszcz ten dziennik”, które obecnie cieszą się ogromną popularnością z uwagi na ich interaktywny charakter. Mają za zadanie zachęcić czytelnika do określonych działań poprzez rozmaite ćwiczenia – jest w nich miejsce na własne przemyślenia czy wklejanie zdjęć etc. Lee Crutchley podsuwa wiele pomysłów na to, jak zagospodarować kolejne kartki, jednakże ostateczny kształt dzieła zależy wyłącznie od osoby, która zdecydowała się na przeczytanie książki – ale uwaga, tekstu nie ma w niej zbyt dużo. Dodam w tym miejscu, że niektóre spośród proponowanych ćwiczeń mogą wydawać się wręcz głupie, ale nie zostały stworzone na zasadzie „sztuka dla sztuki” – czemuś mają służyć, dlatego warto odrobić lekcje. Nie trzeba przy tym kurczowo trzymać się kolejności takiej, jak w książce – ona ma być przyjacielem niosącym wsparcie w złe dni i tak też właśnie starajmy się ją traktować.

Po „Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)” czytelnik sięga z zamiarem znalezienia odpowiedzi na pytanie „jak być szczęśliwym?”. Nie spodziewajcie się tego, że autor jej Wam udzieli. Nie popada w mentorski ton i nie mówi, że aby być szczęśliwym, to musisz koniecznie zrobić to czy tamto. Sugeruje i inspiruje, podsuwa pod nos wiele opcji, ale to czytelnik wybiera, co najbardziej mu odpowiada – lub podąża swoją własną ścieżką.

Wydaje mi się, że Lee Crutchley chce uzmysłowić nam dwie istotne sprawy. Po pierwsze – że szczęście jest w nas i wcale nie musimy szukać go nie wiadomo gdzie. Po drugie – że mamy prawo do bycia smutnymi. Wszak smutek to jedna z emocji towarzyszących nam przez całe życie, więc może zamiast zaciekle go zwalczać, powinniśmy się z nim oswoić.

Moja opinia na temat książki „Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)” Lee Crutchley’a

Wyjście z domu, zdrowe odżywanie się, czerpanie radości ze słonecznych dni, odpoczynek od internetu i mediów społecznościowych, powrót do zaniedbanych pasji i szukanie nowych itp. – niby to takie oczywiste, ale najczęściej jest tak, że o tych prostych rzeczach zapominamy na co dzień. I zamiast najzwyczajniej w świecie cieszyć się z tego, co nas otacza, z zapałem wertujemy kolejne strony o tematyce motywacyjnej, próbując za wszelką cenę dostosować się do zamieszczonych tam wskazówek. Jaki jest tego efekt? Dość mizerny, bo zamiast tryskać pozytywną energią, chodzimy przybici i przygnębieni. Może sęk w tym, że niekiedy zbyt bardzo się staramy i w pewnych chwilach nie potrafimy odpuścić? Poza tym w dzisiejszych czasach presja na to, by wieść żywot szczęśliwego i spełnionego człowieka jest ogromna – ale ma się nijak do rzeczywistości, stąd niepotrzebne frustracje i dosłownie pożerający nas smutek. Zewsząd tylko słyszymy, co koniecznie należy zrobić – a wiadomo, że jeśli człowiek coś musi, to czuje się zniechęcony. Pomiędzy „musieć” a „chcieć” różnica jest przeogromna.

Czy warto kupić książkę „Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)”?

„Jak być szczęśliwym (albo chociaż mniej smutnym)” to książka, która dała mi mocno do myślenia. Dzięki niej zapomniałam o wielu swoich problemach, które – jak się okazało – nie miały żadnych logicznych podstaw, a stanowiły jedynie wytwory mej wyobraźni. Tylko że tego nie dostrzegałam, ponieważ skupiałam się na mało istotnych kwestiach. Ten niezwykły poradnik polecam serdecznie każdemu. Jeśli postawimy na samorozwój i pracę z własnymi emocjami, jakość naszego życia ulegnie poprawie.

Zobacz też